Nie ma odpornych na ciosy
...są tylko źle trafieni.
Księga gości
 
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
O mnie
Shireia1982
Grudziądz
Słówko o mnie
Jestem żoną i matką.Mam dwie córeczki,lubię czytać,słuchać muzyki,robić zdjęcia...
Zobacz mój profil
O wszystkim i o niczym,pogadać zawsze można:

                                  31346970

















"W życiu nie chodzi o to jak mocno możesz uderzyć, ale o to jak mocno możesz dostać i dalej iść do przodu."
Notki
2011-06-07
 Dzień,w którym przyszła na świat Zuzia,ma też swoją gorszą stronę.Wieczorem ja urodziłam córkę,a rano moja mama straciła nogę.W dniu moich urodzin…A było to tak:

Od jakiegoś czasu narzekała,że stopy jej puchną.Później skarżyła się,że ją bolą,że chodzić czasami przez to nie może.Mówiłam jej,żeby poszła w takim razie do lekarza,a co ona na to?”Po co mam iść?I tak nie wykupię leków,bo za co?”Myślę sobie,sama wie najlepiej co robi.Aż za jakiś czas dzwonię do niej,a ona mi mówi,że nie ma czucia w stopach,że nie może już wcale chodzić,że tylko w łóżku leży,nawet do toalety nie dojdzie,tylko ma wiaderko koło łóżka…Normalnie zamurowało mnie.Znowu jej mówię,żeby się ruszyła do tego lekarza,ale oczywiście znowu wymówki,że nie ma jak,że nie da rady nawet na ulicę wyjść.No to jej mówię niech wizytę domową zamówi,niech chociaż powiedzą,co to jest.No to w końcu zadzwoniła.Lekarz przyjechał w poniedziałek 9-go,akurat jak ja poszłam do szpitala.Obejrzał,powiedział,że martwica albo miażdżyca,nie zrozumiałam dokładnie,i dał skierowanie do szpitala.W środę przyjechać miała rano karetka po nią.Nie mogłam się do mamy dodzwonić i w końcu jak małżonek przyjechał,to poszedł o nią zapytać.Okazało się,że przyjechała,ale nie zgodziła się zostać.Nic więcej nie wiedzieli.No to później wysłałam smsa do tego jej pacana,co się z nią dzieje,czemu nie odbiera?Oddzwonił i dał moją mamę do telefonu.Pytam się,co i jak,a ta mi w płacz do telefonu,że chcą jej nogę uciąć,że gangrena,że już jej na udo wchodzi,jak ona będzie wyglądać.itp.Normalnie zatkało mnie.Nie wiedziałam co powiedzieć.No bo co można w takiej sytuacji powiedzieć???Że będzie dobrze?To takie banalne.Kurna,nawet nie mogłam do niej pojechać,żeby osobiście jej coś powiedzieć.Normalnie w tamtym momencie czułam się jak w klatce.Sama prawie zaczełam ryczeć do tej słuchawki,ale się nie dałam,wystarczyło,ze ona płakała.Powiedziałam jej,że teraz już za późno na płacze,że już nic nie poradzi,że ludzie w gorszych przypadkach żyją i funkcjonują.Że trzeba ratować to,co zostało.A,i jeszcze lekarz jej powiedział,że ma się stawić za parę dni na tą amputację,chyba że chce umrzeć,to nie musi wtedy przyjeżdżać…Jak skończyłam z nią rozmawiać,to zadzwoniłam do małżonka i wtedy sobie popłakałam przez telefon.Jego też zamurował jak usłyszał o tej „nowinie”.Miałam cichą nadzieję,że może przyjedzie,no ale niestety nie przyjechał,o co miałam do niego z jednej strony żal,a z drugiej starałam się zrozumieć,że jednak nie wszystko jest zależne od niego.

Najbardziej bałam się,że moja mama się załamie,że znowu zacznie pić i już będzie jej wszystko jedno.Takie odniosłam wrażenie rozmawiając z nią wtedy przez telefon.Byłam przekonana,że po prostu się załamie i nie wiedziałam co z tym zrobić.Wstyd się przyznać,ale czas odsuwałam od siebie myśli o niej.Nie wiem,czy wytłumaczeniem jest to,że już byłam na ostatnich nogach i na granicy wytrzymałości z powodu bezczynnego leżenia w ciąży,ale nie chciałam nad tym myśleć.Bałam się,że ja też mogę wpaść w dół psychiczny.A to nie był najlepszy moment na to.Wiem,wyrodna córka ze mnie,ale nic teraz na to nie poradzę.Nawet nie chciał iść jej odwiedzić.Mąż mnie musiał namawiać.Ja zasłaniałam się dzieckiem i niedawnym porodem…A tak naprawdę to najzwyczajniej w świecie bałam się własnej reakcji na jej widok.Pamiętam,jak moja babcia zmarła.Nie płakałam na wiadomość o tym,dopiero jak ją zobaczyłam w trumnie.Bałam się ,że teraz mogło by być tak samo.Że się rozpłaczę,jak TO zobaczę.A potrzebne jej jeszcze moje łzy?Pewnie dosyć swoich wypłakała.Ale w końcu ją odwiedziłam.Musieliśmy z małą przyjechać do szpitala na jakieś testy i wtedy małżonek mnie zaczął namawiać.Prawdę mówiąc zrobiłam to bardziej ze względu na niego,niż samą siebie czy moją mamę.Nie chciałam iść do niej sama,ale byliśmy z Zuzią i ktoś musiał z nią zostać.Było lepiej niż się spodziewałam.Siedziała sobie na wózku,słuchała TV i na drutach sobie robiła.Bardziej niż ta noga zaskoczył mnie jej wygląd-była bardzo chuda.Jeść jej w domu nie dawali,czy co?Ogólnie odniosłam wrażenie,że się z ty pogodziła.Jak z nią rozmawiałam,to nie zauważyłam jakiegoś szczególnego przygnębienia,a spodziewałam się zastać ją załamaną,zrezygnowaną…Można nawet powiedzieć,że z jakąś dumą opowiadała,że sama do łazienki poszła(pojechała właściwie).Ale zrobiła to samodzielnie.Sama na łóżko weszła przy mnie.Jednym słowem widziałam że sobie radzi,że nie jest tak źle,jak to sobie wyobrażałam.Za jakiś czas,kiedy miała już wyjść do domu,dzwoniłam do niej,a ona mnie prosi,żebym później jeszcze zadzwoniła,bo nie wie co  w domu zastanie…Że ten palant nie był w pracy i że jest nachlany…No to wydzwaniałam do niej niemal co godzinę i ciągle słyszałam,że jest jeszcze w szpitalu.W sumie w domu była po północy,bo dopiero karetka była wolna.Ale w domu był spokój.Pojechaliśmy do niej na dzień matki.W domu też sobie radzi.Najgorzej z wyjściem z domu bo tam są takie spore dwa stopnie,ale wystarczy jakiś podjaz zrobić i da radę.Najważniejsze,że sobi sama radzi,że nie jest zdana na cudzą łaskę.Już nawet była mowa o kulach,a następnie o protezie.A ja myślałam,że będzie kaleką na wózku…Nie wiem,skąd we mnie tyle pesymistycznych myśli było.Może myślałam,że wszystko oleje i będzie jej zwisało,co dalej z nią będzie?A tu widzę,że jednak się nie załamała.I wciąż odsuwam od siebie pytanie:a jeśli to przyjdzie z czasem…

Z małżonkiem na razie wciąż „miesiąc miodowy”,chociaż bez szaleństw łóżkowych,na które jeszcze mam szlaban;)Nie powiem,było kilka zgrzytów,moich łez i myśli typu kogo ja chcę oszukać-jesteśmy wciąż tacy sami i nigdy nie będzie między nami dobrze.Ale,co wciąż mnie zaskakuje,szybko mi te myśli przechodzą i mam nadzieję,że jednak będzie dobrze i mam chęci się starać o to, nie tak jak kiedyś zaciąć się w uporze i koniec.

2011-06-01
 14 maja,w dniu moich urodzin o 19:50, na świat przyszła Zuzanna Maria.Ważyła 4170 g i miała 60 cm długości.Kiedy mi powiedzieli na porodówce ile waży,pierwsza myśl to taka,że się pomylili,że nie mogłam takiego dużego dziecka urodzić.Bo dla mnie dziecko powyżej 4 kg to już jest duże.Ogólnie wszystko poszło dobrze i sprawnie,oczywiście kiedy w końcu się zaczęło,bo leżałam w szpitalu od poniedziałku,9 maja.Nie spieszyło się jej na świat.Dopiero druga kroplówka ją zmusiła do wyjścia;).Ogólnie mała potrafi dużo spać w dzień.W nocy bywa różnie.Pierwsze dwie noce to spała z nami,bo byłam tak wykończona,że nie byłam w stanie wstawać co chwilę,żeby jej podać smoczka.Ale teraz staram się żeby spała w swoim łóżeczku,bo uważam,że tam jest jej miejsce,przynajmniej w nocy.W dzień to najczęściej przebywa w foteliku,bo łatwo wtedy można ją bujać;)

Muszę przyznać,że małżonek mnie zaskakuje i to pozytywnie.Chociaż wczoraj już pojawiły się zgrzyty,ale to był pierwszy raz odkąd jestem w domu.Była nwet taka sytuacja,że siedział z małą do 1 w nocy,żebym ja mogła się przespać,a o 3 rano wstawał na ryby…No wtedy to,przyznam,nie dowierzałam temu co słyszę,jak to zaproponował.Normalnie bym się nie zgodziła na takie coś,ale wiedziałam,że nie dam rady z nią siedzieć,więc skorzystałam.Spałam tak mocno,że nawet budzik mnie nie obudził,który sobie nastwiłam żeby  go zmienić.Teraz jest lepiej w nocy,chociaż większość wieczorów upływa na jej krzykach.Nie wiem,czemu ona tak płacze.Myślałam,że to kolki,bo zawsze wieczorem zaczyna,ale nie mam doświadczenia z kolkami,bo dziewczyny nie miały.Wczoraj była położna i stwierdziła że to raczej nie kolki,bo bruszek ma miękki,no i nie ma takich objawów,jak opisują.Ale co krzyczy ,to krzyczy i nie daje się uspokoić.Nie wiem,czy to dlatego,że tyle w dzień śpi?Ale jak już  uda ją się wybudzić,to później płacze,bo nie może zasnąć,mimo że widać,że chce spać.Nie wiem,co zrobić z tymi wieczorami.Na razie jakoś sobie radzimy,no ale lekko nie jest.Większość czasu to małżonek się nią w takiej sytuacji zajmuje,bo ja z reguły wieczorem jestem wymęczona psychicznie.Starsze dziewczyny często bardziej mnie męczą niż ta mała.Zbieram się,żeby zaplanować sobie jakiś urlop;)Małżonek sobie poradzi;)Wczoraj sam poszedł na spacer z trzema córkami.Miał być to ukłon w moją stronę,żebym sobie odpoczęła od dzieci,a ja praktycznie przez ten cały czas,jak ich nie było,ryczałam jak bober,bo wolałabym sobie z nim posiedzieć spokojnie w domu,jak małżonkowie,a nie sama jak palec.No ale on chciał dobrze,a wyszedł z tego problem.I on teraz ma pretensje do mnie,a ja do niego i jak zwykle nie umiemy się dogadać.Mimo,że wiemy o co chodzi tej drugiej stronie.A tak swoją drogą,czy ja się czepiam,że nie podoba mi się takie uszczęśliwianie mnie na siłę?Wolałabym,żeby uszczęśliwił mnie w taki sposób w jaki ja bym chciała,a nie w taki,jaki on uzna za najlepszy.Ale może ja nie mam racji?Ogólnie coś dziwnego się ze mną porobiło.Tak jakby wraz z porodem wylazły ze mnie wszystkie złe hormony.Inaczej patrzę na małżonka,przychylniej,chciałabym żeby było między nami dobrze,chcę jego towarzystwa,jakiejś bliskości.Zupełnie inaczej niż jak szłam do szpitala.Wtedy to chciałam tylko,żeby mi dał święty spokój i trzymał się ode mnie jak najdalej.No i teraz jest problem,jak to wszystko naprawić:>Ja nie umiem mówić o takich sprawach,nie potrafię powiedzieć,czego chcę,a on swojego zachowania sam od siebie nie zmieni,no bo przecież nie wie,że mi się w głowie poprzestawiało.

Wracając do Zuzi.Ogólnie to kochane dziecko,kiedy nie krzyczy w niebogłosy nie wiadomo o co.Kiedy tak sobie leży spokojnie,tak patrzy tymi  swoimi oczkami,przebiera tymi usteczkami,jakby coś żuła i macha nieporadnie tymi łapkami,człowiek normalnie żałuje,że ten czas noworodkowy tak krótko trwa,że dziecko tak szybko się zmienia…

A tak na dowód tego,że nie jestem do końca normalna,to przyznam się,że ledwo dwa tygodnie po porodzie stwierdziła,że mogłabym znowu rodzić teraz zaraz;)Ciąze przechodzić,to nie daj Boże,ale poród-nie widzę problemu;)I takei pytanie na koniec do Pań,które rodziły:w którym momencie porodu kobieta krzyczy?Ja   nie krzyczałąm,bo nie wiedziałam kiedy :D.

A to mój mały olbrzym:

2011-01-09
Dopóki pisałam bloga,było ok.Teraz znowu się wszystko rypneło.Najgorsze jest to,że nie mam gdzie iść.Do schroniska?I co powiem?Że mi źle?Kobiety większe mają trudności w życiu i dlatego tam trafiają.A ja co?Bo mąż mnie denerwuje?Bo psychicznie mam dość?Koleżanka tam jest,ale ten jej to pije,znęcał się nad nią psychicznie i ogólnie burdy po pijaku robi,więc ona ma podstawy by tam być.Ja już patrzeć na niego nie mogę.Co weekend chce seksu z rana,i nie ma,że ja nie chcę.Jemu się należy,on też ma potrzeby i ch...Ale co tam,że ja też mam potrzeby,nie koniecznie tego typu co on,ale to nie ma znaczenia,bo ja "chce za dużo".Nie pamiętam,kiedy zadbał w łóżk o mnie.Mam od dłuższego czasu wrażenie,jakby tylko chodziło o jego d....A później się dziwi,że ja unikam seksu...Nie jestem gumową lalą...Kiedy zwrócę mu uwagę,że mógłby mnie w czymś wyręczyć,to zaraz z gębą,że ja chce zrobić z niego Marysię do wszystkiego,że chcę zrobić z niego pantoflarza.Ale że mam w dwóch piecach napalone,obiad zrobiony,dzieci ubrane,nakarmione,to tego nie widzi.Tylko widzi że gdzieś jakieś zabawki leżą na podłodze,że sól nie schowana,że talerze nie są umyte w sekundę po obiedzie...Jeśli teraz tak to wygląda,to ja nie wiem,jak to będzie,jak się maluch urodzi.Potrafi wytknąć mi każdą pomoc,której mi udzieli.Wstanie do Kingi,mimo że nie śpi,i na drugi dzień pretensje,że ja się nim wyręczam,mimo,że słowem się nie odezwałam,żeby wstał.Kiedy dziewczyny miały grypę żołądkową,zaoferował się (sam!),że posiedzi z nimi powiedzmy do 2-ej(o 4:45 wstaje do pracy),a ja mam się zdrzemnąć.Bardzo się zdziwiłam,że taki wspaniałomyślny,ale przyjęłam jego propozycję,bo bałam się,że psychicznie się załamię.Oczywiście nic z tego nie wyszło,bo sam się źle czuł i to ja całą noc praktycznie ich pilnowałam.Ale skurczybyk mi to po kilku dniach wypomniał!!!No jakby mnie kto w łeb strzelił.Mniej więcej wyraził się tak,że nie miałam oporów przed tym,żeby przyjąć jego pomoc mimo że sam źle się czuł...Od tamtej pory sram za przeproszeniem na jego pomoc.I patrzeć na niego nie mogę,wręcz nienawidzę.No jak można być taką świnią?Własny mąż,który powinien być wsparciem...Dam sobie radę sama,niema to czy tamto,ale skoro nie jest mi do niczego potrzebny,to mi najzwyczajniej w świecie przeszkadza.Najszczęśliwsza jestem,jak jest w pracy.Weekendy to koszmary.Jeśli wstaję pierwsza,to potrafi się przyczepić,że tak długo się ubieram.Staram się ignorować jego i to co mówi,ale czasami to już jest tego za dużo.I po prostu nie wytrzymuję.Dziś np.kiedy pisałam z tą koleżanką co jest w schronisku,zapytał,czy pytam ją o wolne miejsce dla siebie,czy coś takiego.I że jak chce się wyprowadzić,to on mi kłód pod nogi nie będzie rzucał...Gdybym tylko miała dokąd pójść...

Z dedykacją dla Uli;):


24 tydzień,wg usg trzecia dziewczynka:)


Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
12592
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
1835
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
27
Zobacz serwisy INTERIA.PL